Alex
Nawigacja
Archiwum
Linki
Tagi
Blog

NOWY ROZDZIAŁ: POSSIBILITY

środa, 23.lipca.2014, 19:13
Rozdział 38: "Grill"

Shannon prowadził, bo jechaliśmy jego mercedesem. Z doświadczenia wiedziałem, że mama wolała to auto niż mojego jeepa, dlatego powierzyłem życie tym razem mojemu bratu. Nie, żebym miał wątpliwości, co do jego umiejętności. Po prostu sam lubiłem mieć kontrolę nad wszystkim, włącznie z kierownicą.
— Właściwie, te dwie godziny różnicy mogliśmy wykorzystać na zjedzenie obiadu na lotnisku – mruknąłem obserwując mijane przez nas budynki.
— Wtedy nie moglibyśmy pogadać. – Shannon nawet na mnie nie spojrzał. – Chcę kupić dom.
— Przecież masz dom – zauważyłem zastanawiając się, co też chodzi mu tym razem po głowie.
— Poprawka, my mamy dom. Technicznie, ale właściwie jest on twój. – Nie byłby sobą, gdyby mnie nie poprawił.
— A co to ma do rzeczy?
— Ma dużo, braciszku. – Przez twarz mojego brata przemknął półuśmiech. – Rodzina nam się powiększy niedługo, a we czwórkę będziemy się trochę dusić. Nie sądzisz, że będzie nas trochę za dużo w tym domu. Jeszcze, jak mama będzie nas odwiedzać, albo ja będę mieć gości?
— Pomieścimy się – westchnąłem wywracając oczami.
— Nie, młody. Nie pomieścimy się. Ty zakładasz rodzinę, więc ja będę piątym kołem u wozu. Poza tym, chyba powinienem zacząć żyć sam przed siebie.
— Nadal nie widzę powodu, żebyś musiał szukać sobie domu.
Czyżbym zabrzmiał, jak urażone dziecko?
— Nie muszę, ale chcę.

Cały rozdział do przeczytania na Possibility
Alex.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

ONE-SHOT: R-evolve

czwartek, 13.lutego.2014, 00:04

Ku woli wstępu: Ten one-shot nie jest kontynuacją „Psycho”, a raczej drugą jego wersją. To opowiadanie przedstawia to samo, co zawarłam w wyżej wymienionym, jednak w tym wypadku spojrzeć możemy na tę sprawę z perspektywy Jareda. Długo myślałam jak mogłaby wyglądać ta historia z drugiego punktu widzenia, ale nawet jej nie planowałam. Moje zdanie zmieniło się po otrzymaniu pewnego inspirującego maila, który podrzucił mi pomysł napisania tego właśnie od tej głównej, o ile mogę się tak wyrazić, strony. Tam punkt widzenia postronnego obserwatora, tutaj punkt widzenia osoby, wokół której dzieje się całe zamieszanie.


Jeśli trafiłeś tu nie przeczytawszy „Psycho” – nie czytaj, przeczytaj najpierw tamtego one-shota, a potem wróć tutaj. Czytając to, mógłbyś zepsuć sobie całą przyjemność czytania tego wspomnianego, bo „R-evolve” ujawnia wszystko stojące tam pod znakiem zapytania przez większą część tamtego utworu.


Dlaczego taki tytuł? Jeśli ktoś zada mi takie pytanie, w odpowiedzi zanucę „to find yourself just look inside the wreckage of your past to lose it all You have to do is lie”. Uważam, że utwór 30 seconds to mars, o tym samym tytule, co ten one-shot, doskonale pasuje do tej historii.


Jeśli miałabym podać, przy jakim podkładzie warto czytać, to proponuję odpalić sobie „R-Evolve” by 30STM, „Rollining in on a burning tire” by The Dead Weather albo „Unendlich”by Silbermond.


Cytaty rozpoczynające poszczególne części to lyrics utworu “R-evolve”, a cytat końcowy - moim zdaniem idealnie pasuje do tego one-shota - to utwór “Birth” również zespołu 30 seconds to mars.


(Za wszelkie błędy przepraszam, poprawię je jak tylko będę mogła.)



~~~~



Być dobrym, znaczy być w zgodzie z sobą samym. Być zmuszonym do zgody z drugimi, jest dysonansem. Życie własne – o to właśnie chodzi. Życie naszych sąsiadów… ba, jeśli się chce być obłudnikiem lub purytaninem, to można się chełpić swym zmysłem moralnym, ale w gruncie rzeczy nic nas to wszystko nie obchodzi. Przy tym indywidualizm ma istotne wyższe cele. Dzisiejsza moralność polega na przystosowaniu się do przeciętnego poziomu swej epoki. Moim zdaniem, najwyższą niemoralnością dla człowieka kulturalnego jest przystosowanie się do przeciętnego poziomu swojej epoki.


— Oscar Wilde


The Picture of Dorian Gray



Bądź sobą. Nigdy nie udawaj kogoś, kim nie jesteś.” Mama zawsze mi to powtarzała, a ja, dziecko wolności, nie chciałem dać się ograniczać innym, więc nietrudno było mi się zastosować do jakichkolwiek rad. Przyjaciele mojej rodzicielki, artyści i osoby o najróżniejszych poglądach na życie, ludzie wolni, mieli na mnie ogromny wpływ, to dzięki nim zacząłem interesować się sztuką i sam chciałem przez nią wyrażać siebie. Cały czas jednak czegoś mi brakowało. Moje serce, mimo pasji stanowiło pustą przestrzeń, a pomiędzy otwartymi drzwiami, które prowadziły do jego wnętrza, hulał zimny wiatr. Ten przeciąg trwał dopóki kolejne zawody nie zatrzaskiwały za sobą drewnianych skrzydeł. Paradoksalnie pragnienie poczucia wolności mnie ograniczało.


Po jakimś czasie nadeszła muzyka, na powrót odryglowując narząd pompujący krew do całego mojego organizmu. Razem z bratem – Shannonem, oraz paroma znajomymi stworzyliśmy zespół, który stał się dla mnie niezbędny do życia, jak tlen czy woda, wypełniając pustkę we mnie niemal po brzegi, niestety nawet to nie mogło mnie uchronić przed ostatnim zawodem w moim ówczesnym życiu.


Zaraz po tym, jak pożegnałem powód zamurowania uczuć w najgłębszych zakamarkach mnie, stworzyłem Barta. Bartholomew Cubbins, bo tak właściwie go nazwałem, miał być jedynie moim pseudonimem podczas tworzenia teledysków dla zespołu, a także usprawiedliwieniem niektórych moich wybryków. Być może racją jest, że straciłem nad nim panowanie, jednak największy mój błąd miałem dopiero popełnić, po zakończeniu promocji jednego z krążków zespołu.


Pycha i egoizm mojego alter-ego spowodowały pogłębienie się mojej izolacji od ludzi, zamknięcia się na nowe znajomości, bo nikt nie mógł się równać z naszym geniuszem. Ze świecą szukać godnego nam osobnika, któremu moglibyśmy przekazać naszą wiedzę wraz z nieprzeciętnymi umiejętnościami. Taki stan rzeczy utrzymywał się dopóki nie poznaliśmy Amelii, pięknej kobiety o nieprzeciętnej inteligencji. Mury ochronne za namową Barta runęły, legły w gruzach, zaufaliśmy jej, a ona nas zdradziła i wpędziła w szaleństwo. Mój wewnętrzny przyjaciel przestał dawać mi poczucie bezpieczeństwa, a stał się moim wrogiem, do reszty straciłem nad nim kontrolę. Dzięki ukochanej żonie zostałem umieszczony w szpitalu psychiatrycznym, ja – sam Jared Leto, tracąc tym samym nadzieję na wolność.


I


A revolution has began today for me inside


The ultimate defense is to pretend


Będąc w psychiatryku nie ma się wielu rozrywek, przez co każdy woli sam sobie organizować wolny czas. My zawsze lubiliśmy wystawać na korytarzu podczas obchodu, kiedy ten grubas, jak to nazywał go zawsze Bart, oprowadzał młodych adeptów sztuki lekarskiej po oddziale. Pokazywał im pacjentów, niczym zwierzęta w zoo, i opisywał każdy przypadek z osobna. Tylko my uchroniliśmy się przed tym, byliśmy zawsze pomijani, prawdopodobnie przez moje drugie „ja” niepozwalające nigdy dojść do słowa profesorowi. Bart ośmieszał go przy każdej możliwej okazji bawiąc się kosztem jego przejęzyczeń czy szydząc z tuszy lekarza. Całe leczenie pacjenta wyglądało tu identycznie bez względu, na co cierpiał, składało się z cotygodniowych pogadanek z profesorem Polley’em i całego stosu tabletek na uspokojenie, sen, wyciszenie czy nawet pohamowanie popędu seksualnego, choć pielęgniarki nie były zbyt zachęcające.


Nadzieja na znalezienie tu kogoś, kto mógłby mi pomoc i zdobyć nasze zaufanie, znikała z każdym dniem. Coś się zmieniło któregoś słonecznego poranka, kiedy stojąc w korytarzu, w oczekiwaniu na obchód, zobaczyłem ją. Kasztanowe włosy opadały swobodnie na ramiona skryte pod lekarskim kitlem, a duże czekoladowe oczy rozsyłały przyjazne spojrzenia napotkanym na swej drodze pacjentom. W tej młodej dziewczynie było coś wyjątkowego, niemal zrobiło mi się wstyd z powodu spoczywającej na mojej głowie czapki w kształcie królika. Widziała mnie, choć doskonale ignorowała moje spojrzenie badające każdy fragment jej powierzchowności. Nie dało się ukryć, że podobała mi się, jako kobieta, ale przecież stanowiła część tego więzienia, tego, co mnie niszczyło swoimi ograniczeniami.


15 sierpnia 2017


Środek sierpnia. Dzień, jak co dzień nie zapowiadał żadnych rewelacji, mimo to czułem jakieś wewnętrzne napięcie, którego przyczyną nie był uśpiony od paru dni Bart, ani zapowiedź wizyty Amelii w kolejnym tygodniu. Ku mojemu własnemu zdziwieniu nie potrafiłem nawet wydobyć sensownego dźwięku z mojej ukochanej gitary tego dnia. Chodziłem po pokoju niczym nawiedzony szaman zaklinający jakieś duchy. W pewnym momencie, po zbliżeniu się do drzwi usłyszałem kroki i towarzyszące im dwa głosy. Jeden z nich, należący do profesora Polley’a, przestrzegał jakąś kobietę przed tym, jakim to nieznośnym pacjentem jestem. Ona jednak zdawała się być tym niewzruszona i upierała się, aby ze mną porozmawiać.


Odsunąłem się słysząc dźwięk naciskanej klamki. Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem, zasłaniając drewnianym skrzydłem mnie stojącego obok, kryjącego się w mroku pokoju. Do pomieszczenia zajmowanego przez nas – mnie i Barta, weszła dziewczyna, którą widziałem parę dni wcześniej w korytarzu, tym razem włosy miała związane w luźny kok, a w dłoniach kurczowo ściskała notes.


Chłonąłem jej obraz z kilku powodów. Raz – rzadko widywałem takie młode, śliczne osóbki, niebędące jednocześnie pacjentkami oddziału zajmującego się niedoszłymi samobójcami lub problemami z odżywianiem u aspirujących modelek. Dwa – była pierwszym gościem w moim pokoju od wielu dni.


Kolejne skrzypnięcie zakłóciło ciszę, gdy jedną ręką pchnąłem delikatnie drzwi, by po chwili usłyszeć ciche kliknięcie dopasowującego się zamka. Stanąłem za nią wdychając cytrusowy zapach jej włosów, ledwo powstrzymując chęć wplecenia w nie palców.


— Zawsze tak witasz gości? – Odwróciła się do mnie pewna siebie jakby znała mnie od wielu lat. – Jestem Sarah. Miło mi cię poznać, Bart.


Do pełni szczęścia brakowało mi podania dłoni, kiedy się przedstawiała. Tak dawno nie miałem kontaktu z kimś spoza tego miejsca, że gotów byłem wyznać jej miłość byleby tylko nie odeszła zbyt szybko. Pragnienie kontaktu z drugim człowiekiem, kimś mogącym mnie zrozumieć, stała się zbyt silna bym mógł zignorować jej słowa.


— Nie jestem Bart – sprostowałem ochrypłym głosem, choć w szpitalu tak właśnie mnie nazywano. Powodem takiego stanu rzeczy stało się moje zamknięcie w sobie, zamknięcie na otaczający mnie świat w murach szpitala. Nigdy nie rozmawiałem z pielęgniarkami czy lekarzami, zawsze robił to Bart, lecz gdy on „zasypiał” ja wolałem milczeć.


— Nie? Wszyscy tutaj tak na ciebie mówią.


— Ale ja nie jestem Bart. – Nie było mi łatwo się do niej odezwać, jednak nie chciałem pozwolić by nazywała mnie tym imieniem.


Posłała mi najpiękniejszy uśmiech, jaki widziałem od wielu dni, ale mimo to nie potrafiłem się przed nią otworzyć. Cały czas od obiadu do kolacji usiłowała ze mną porozmawiać. Bezowocnie.


Przychodziła do mnie często, a nie mogąc wyciągnąć ode mnie choćby słowa, zaczynała długie monologi o byle pierdole. Powoli zaczynałem się przełamywać, kiedy tak opowiadała o sobie, bo jeśli ona otworzyła się przede mną, ja chciałem się odwdzięczyć.


Pech chciał, że któregoś dnia widok wchodzącej do budynku szpitala Amelii obudził na nowo czyhającą w ukryciu bestię.


11 września 2017


Staliśmy przy oknie obserwując opuszczającą teren szpitala Amelię. Zachowywała się jakby była zadowolona z tego, że miałem tu pozostać na kolejne długie miesiące z powodu braku jakiejkolwiek poprawy z moim stanie zdrowia.


Kiedy jej czarny mercedes wyjechał przez bramę szpitala, drzwi do pokoju otworzyły się. Niepewny głos przy powitaniu, jakim zostaliśmy uraczeni, wskazywał na tą młodą dziewczynę – Sarę, o ile dobrze pamiętaliśmy, pragnącą rozmowy ze mną. Niestety, tym razem trafiła na Barta, a ja nie potrafiłem przebić się przez jego osobę zagnieżdżoną w moim ciele.


— Więc, chciałabym cię powitać. Dzisiaj jedenasty września dwa tysiące siedemnastego roku. – Mimo pewności, z jaką przemawiała, nie mogła ukryć wewnętrznego niepokoju wprawiającego jej głos w ledwo zauważalne drżenie. – Szczerze powiedziawszy nie liczę na to, ale może chciałbyś coś powiedzieć?


— Siedemnasta rocznica ataku na World Trade Center w Nowym Jorku. – Do przewidzenia było, że Bart wypomni mi dzisiaj pewien spór toczony przez nas całe szesnaście lat wcześniej. Zastanawiało mnie jedynie, dlaczego czekał z tym niemal aż do południa.


— Dokładnie tak. – Choć wyraźnie zaskoczona, dziewczyna ledwo powstrzymywała uśmiech cisnący się na jej delikatne wargi, który mimo wszystko odcisnął dźwięczne piętno na jej głosie. Nie musiałem na nią nawet patrzeć, aby to wiedzieć. Nauka w szkole filmowej wraz z latami pracy aktorskiej, i kontakt z ludźmi, robiły swoje.


Tonight It’s revolution Tonight We’re going to war, we’re going to war, we’re going Tonight You better make a decision Tonight We’re going to war, we’re going to war – Z naszych ust popłynęły doskonale znane mi słowa „Revolution” zanucone przez panującego nade mną pasożyta – zarazem najlepszego przyjaciela i największego wroga. – I pomyśleć, że ten kretyn zrezygnował z takiej piosenki z obawy przed niezrozumieniem ludzi.


Uwięziony we własnym ciele, gdy Bart przejmował nad nim kontrolę, patrzyłem tymi samymi oczami co on. Dość rzadko zdarzało się abym pozostawał ślepy na to, co on widzi, tak jak teraz. Przez okno szpitalnego pokoju mogłem obserwować całą niewyobrażalnie piękną w swojej prostocie naturę wraz z krzątającymi się tu i ówdzie ludźmi, jednak nie potrafiłem dojrzeć tego, co miał przed oczami Bart.


Pogrążony we własnym świecie myśli oraz wspomnień nieświadomie ukrywał swoje wizje. To tak, jakby połowa mózgu należała do niego, podczas kiedy druga należała do mnie. W ten sposób, współpracując uzupełnialiśmy się, oczywiście do czasu mojego zbytniego otworzenia się przed nim. Bart widzi wszystko – ja widzę zaledwie część.


— Nigdy mnie nie słuchał w takich momentach. – Moje alter-ego wreszcie znalazło kogoś, kto bez szemrania wysłucha jego wersji, jego narzekania, co oczywiście miał zamiar wykorzystać. – Zawsze, jeśli chodziło o fanów i innych ludzi, to on podejmował decyzje nie pozwalając mi się popisać.


— Kto podejmował decyzje? – To pytanie nie powinno paść. Mimo to, ciężko było mi winić Sarę, gdyż nie miała zielonego pojęcia, jak gwałtownie zareaguje Bart.


— Ten idiota zwący się wokalistą od siedmiu boleści. Ten, co uważa się za reżysera, aktora i muzyka! – Nasze ciało zmuszone przez moje drugie „ja” stało teraz przodem do dziewczyny. Musiałem przyznać, oczy miała piękne, o barwie płynnej czekolady. Gdyby nie moje rozszarpane na strzępy serce, może bym poczuł coś więcej. Bez względu na to, jaką burzę myśli i sprzecznych emocji wywołałem w głowie, Bart kontynuował nawet nie próbując powstrzymać swojego własnego wzburzenia. – To ja jestem tym, któremu wszystko zawdzięcza. On jedynie miał ładną buźkę i śliczne oczka, a ja użyczyłem mu własnego siebie, mojego talentu, wszystko po to, aby zaistniał.


— Może powinieneś z nim porozmawiać? – O słodka naiwności! Sarah zapewne miała jak najlepsze intencje, ale ta propozycja nie poprawiła sytuacji.


— Myślisz ślicznotko, że z nim nie rozmawiałem? – Bart nakazał naszym nogom poruszyć się, żeby znalazły się bliżej niej w czasie, gdy jego pełne agresji wewnętrzne napięcie dusiło mnie. – On o tym doskonale wie, dlatego się tu ukrywa, bo nie potrafi znieść poczucia winy.


— Jak on ma na imię? – Spytała zmniejszając jeszcze bardziej dystans między nami.


Rozbawienie, jakie wybuchnęło, zdetonowane przez tego geniusza o zbyt wielkim ego, ogarnęło nawet mnie, co wcale dobrze nie wróżyło. Zbyt wiele mych tajemnic pływało po bezkresnym oceanie wewnątrz wspólnego mózgu.


— Pytasz mnie jak on ma na imię? Powinnaś wiedzieć, doktorko. Tak mu się podobasz, a jeszcze ci się nie przedstawił?


Wyprany z głębszych emocji śmiech Barta zmroziłby niejednego, ale nie ją. Pąsowiejąc na policzkach mruknęła jedynie coś o mojej małomówności, dając temu drugiemu kolejny powód do drwin. Cały aż drżał wewnętrznie z radości na myśl o poniżeniu mnie. Rozradowany skierował nasze ciało w stronę fotela, gdzie rozsiedliśmy się chwilę później.


— Jared „pieprzony dupek” Leto, kojarzysz może? – Przeniósł się na fotel, w którym rozparł się jak władca świata, władca własnego „ja”. – Taka małpa wspinająca się po rusztowaniach na koncertach, kiedy jeszcze był na siłach. Z wiekiem jednak jego sprawność spadła, tak samo jak potencja, więc zdecydował się na surfowanie po tłumie napalonych dzieciaków pod sceną.


Przedstawienie mojej osoby zwieńczył kolejnym wybuchem głośnego śmiechu. W tamtej chwili nie miałem pojęcia, jakie będą konsekwencje tej rozmowy. Bart zapanował nade mną bez większych problemów. Otaczając się ochronną skorupą pozostawał panem naszego ciała mimo moich protestów.


Przez dobrych kilka miesięcy miotałem się szukając sposobu na uwolnienie i powrót do „normalności”. Bezskutecznie. Nic nie zapowiadało zmiany sytuacji.


21 grudnia 2017


Zbliżające się Boże Narodzenie zawsze wprawiało nas w dziwny nastrój. Ja miałem rozpocząć kolejny rok marnego życia, a Bart pożywiał się hipokryzją otaczającego nas świata. Wyśmiewał wszystko, od krewnych z prezentami odwiedzających chorych, przez drzewka przyozdobione świątecznie na szpitalnym dziedzińcu, aż po moje urodziny przypadające na dzień po świętach.


Pod maską drwiącego jokera skrywał prawdziwe poczucie duszenia się samotnością, do którego nigdy otwarcie by się nie przyznał. To było niemożliwe, tym bardziej przede mną. Jego siłą stała się przewaga, jaką miał nade mną znając mnie na wylot. Wszystkie tajemnice i słabości wyczytywał w mojej części mózgu, jak w otwartej księdze, czego ja nie potrafiłem. Pięty achillesowe Barta były dla mnie zagadką i zaledwie się ich domyślałem.


Tego dnia, Sarah również nas odwiedziła. Zaciskaliśmy w dłoni gumową piłeczkę, którą wręczył nam doktor Polley po porannej sesji, siedząc w wywołanym zasłoniętym oknem półmroku. Nasz wzrok obserwował bacznie każdy krok młodej adeptki sztuki lekarskiej.


— Witaj. – Niepewnie uśmiechnęła się na powitanie, zajmując miejsce na sofie obok.


— Ktoś tu chyba ma doskonały humor. – Nie trudno było to zauważyć widząc jej ruchy podczas rozkładania notatek. – Widzisz, co dostałem? Ma mi pomóc panować nad sobą.


Gdybym mógł wyśmiałbym w tym momencie Barta. Nienawidził traktowania go jak dzieciaka, choć przecież często właśnie tak się zachowywał. Kto by pomyślał, że głupia piłka wyprowadzi go tak z równowagi.


— Zbliżają się święta. – Sarah wyciągnęła jakieś pudełeczko ze swojej torby na ramię zupełnie ignorując słowa mojego „współlokatora”. – To świąteczna atmosfera poprawia mi humor. Przyniosłam ci prezent – dodała nieco ciszej, by wyraźniej zaakcentować ostatnie zdanie.


Ciekawość i zaintrygowanie zapanowały nad naszym ciałem. Ledwo zauważalnie drżącymi dłońmi zaczęliśmy odpakowywać prezent. Drobiazg znajdujący się we wnętrzu kartonowego pudełeczka wywołałby szeroki uśmiech na mojej twarzy, lecz niestety, nie tym razem.


— Co to jest?! – Reakcja Barta zaskoczyła mnie niemal tak samo jak dziewczynę. Figurka poleciała daleko w kąt pokoju, kiedy ten machnął ręką, przy okazji wylewając wodę z kubka stojącego na stoliku.


— Wieża Eiffla. Drobny prezent dla ciebie. – Serce ścisnęło mi się na dźwięk jej zawiedzionego głosu. Przecież chciała sprawić nam tylko przyjemność, a ten egocentryk musiał wszystko zepsuć.


Już miałem zacząć walkę, pierwszą od niepamiętnego czasu, z jego dominacją, jednak uderzyły we mnie obrazy wspomnień sprzed paru lat.


Nigdy nie zapomniałem Amelii i oświadczynach w Paryżu. Tamta chwila miała rozpocząć nasze drugie – lepsze życie, choć później okazała się najgorszą decyzją możliwą do podjęcia.


Jasnobrązowe włosy powiewały na wietrze tego pięknego letniego wieczora. Czułem się nieopisanie szczęśliwy obejmując Amelię w pasie i spoglądając na panoramę Paryża. Po raz pierwszy odprężenie dosięgało najgłębszych czeluści mojego wnętrza, bo nawet moje wewnętrzne drugie „ja” zaakceptowało ten związek, co stanowiło jeden z powodów decyzji, jaką podjąłem.


Delikatnie zsunąłem dłonie na biodra kobiety, która wyraźnie górowała nade mną wzrostem, co nie podobało się ludziom w moim otoczeniu. Miłość podobno jest ślepa, więc dlaczego miałbym się przejmować czyjąś gadaniną?


Jej króciutka sukienka, kończąca się w połowie uda i cudownie opinająca jej zaokrąglone pośladki, kusiła, aby zerwać ją z właścicielki. Ledwo się przed tym powstrzymałem.


Amel – zamruczałem kobiecie mojego życia do ucha, lekko przygryzając jego płatek. – Wiesz, jak bardzo droga mi jesteś, prawda?


Nie odpowiedziała, jedynie wtuliła się we mnie bardziej. Dłuższą chwilę zabrało mi zebranie się w sobie na tyle, aby uklęknąć w tym niezwykle romantycznym miejscu i wyciągnąć z kieszeni małe czerwone pudełeczko.


Wyjdziesz za mnie, Amelio Vilde? Czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną? Czy zostaniesz panią Leto?


W tym samym momencie poznałem też najbardziej czuły punkt przeciwnika. Myśli i uczucia targające Bartem przenikały do mnie, jakby nie dzieliła nas żadna bariera. Wszystko stawało się jasne, a powody niektórych zachowań tego drania przejrzyste jak woda w oceanie na Karaibach.


Geniusz ukrywający się w moim ciele, znany, jako Bartholomew Cubbins, miał złamane serce. Wszystko, co wiązało się z Amelią działało na niego jak płachta na byka. Kochał tę kobietę jednocześnie jej nienawidząc, pragnął czując obrzydzenie. Przygryzając wargę, w chwilach wściekłego zamyślenia, chciał ją całować.


Miniaturka wieży Eiffla wzbudziła w nim strach ponownego zawodu, bo mimo, że sam zaprzeczał, obaj liczyliśmy na Sarę i jej chęć pomocy.


Wrzask, jaki dobył się z naszego gardła, gdy pielęgniarze próbowali wstrzyknąć odpowiednią dawkę środka uspokajającego, obudziłby nawet nieboszczyka. Bart jeszcze nigdy nie szalał na tyle, aby to było konieczne.


Obaj popadliśmy w słodkie otępienie, żeby zbudzić się kilka minut później na łóżku. Ku mojemu zdziwieniu to ja sprawowałem tym razem kontrolę nad ciałem. Mój „współlokator” zabarykadował się w swojej części mózgu, nie dając nawet znaku życia.


Przyszła lekarka przepraszała za swój błąd, chociaż wcale go nie popełniła, a ja jak tylko zmieniłem bluzę z kapturem na wełniany sweter, postanowiłem wyjaśnić jej, co się wydarzyło.


Nie należała do zbyt potulnych, raczej gryzła i drapała jak prawdziwa kotka. Potrzebowałem jej pomocy, jednak czy aby na pewno mogła mi pomóc? Zaczynałem się obawiać, że nie da rady.



W celu kontynuowania czytania zapraszam na http://aworldlitbyfireflies.wordpress.com/2012/09/01/r-evolve/

Alex.
Nastrój:
Kategoria: One-shoty

NOWY ROZDZIAŁ: Ballad Of Mona Lisa

niedziela, 9.lutego.2014, 10:50
Rozdział 5 "I’m freaking out, where am I now?"

Czuła jak nogi jej drżą. Zaraz miała wysiąść z taksówki i przybrać maskę własnej siostry. Będzie musiała udawać bardziej niż zwykle. Teoretycznie, podszywanie się za własną bliźniaczkę nie powinno stanowić problemu, ale tu mieli być ludzie, którzy znali Blair i wiedzieli, jak się zachowuje. Dokładając znawców fotografii, to nie nastrajało zbyt pozytywnie.

Cały rozdział do przeczytania na Ballad Of Mona Lisa
Alex.
Nastrój:
Kategoria: Nowe rozdziały.

ONE-SHOT: Czarny Anioł

wtorek, 21.stycznia.2014, 12:39

Ku woli wstępu: Treść tego fanfica nie nawiązuje do treści „Zmierzchu” w żaden sposób, jedynie pojawiają się tam postaci z książki. Jest to zmyślona historia młodej gwiazdy, którą pewnego razu ratuje tajemniczy anioł.


Za to opowiadanie otrzymałam wyróżnienie w konkursie Wydawnictwa Dolnośląskiego i portalu valkiria.net. Uzasadnienie: Jedno z wielu opowiadań z wymyślonymi bohaterami, ale uwiodło nas bardzo dobrą kreacją postaci i całkiem niezłymi dialogami.


~~~~~~


Oślepiający blask fleszy
Jasne światła reflektorów
Ludzie niczym zombie
Niekończąca się balanga
Zepsuty świat
Zakłamanie
Narkotyki
(Nie)szczęście
A co potem?
Po przeszło pół rocznym tourne, promującym moją płytę, byłam wykończona. Ten ostatni koncert w Chicago dłużył mi się niemiłosiernie, ale oto wreszcie nadszedł koniec.
Euforia na stadionie trwała dopóki nie zeszłam ze sceny. Idąc ciemnymi korytarzami w stronę swojej garderoby słyszałam nawoływania tłumu. Pragnęli bisu, ale ja już nie miałam siły. Wystarczająco się namęczyłam ostatnimi czasy. Nawet mój zespół to widział.
- Wszystko okej? spytała Clair, moja kochana przyjaciółka. Nie wyglądasz najlepiej A.J.
Śliczna blondynka obserwowała mnie swoimi pięknymi oczami koloru morza Karaibskiego. Aksamitne blond włosy opadały swobodnie na opalone ramiona. Idealna sylwetka, skrywana pod jeansami i obcisłą bluzeczką uwydatniającą biust, była do pozazdroszczenia.
- Daj mi spokój przeklęta laluniu! syknęłam przez zaciśnięte zęby.
- Alex! potrząsnęła mną. Znowu brałaś? Mało ci?
Nie miałam ochoty z nią rozmawiać. Pragnęłam znów zanurzyć się w marzeniach. Chciałam znów poczuć chłód jego skóry, jego zniewalający oddech, usłyszeć jego baryton. Odpłynęłam… Czułam się jakbym latała. Nie dotykałam podłoża. Płynęłam w powietrzu.
Przez mgłę słyszałam krzyki przerażonej Clair i mojego menadżera. Twierdzili, że jest ze mną źle, że straciłam przytomność. Ale ja byłam przytomna!
Zamknęłam oczy chcąc zanurzyć się w rozmyślaniach. Widziałam swojego anioła. Stał na dachu wieżowca obserwując mnie uważnie. Nasz wzrok się spotkał. Jego czerwone usta poruszały się wypowiadając jakieś słowa. Nie słyszałam…
Obudziłam się w swojej garderobie z okropnym bólem głowy. Leżąc na kanapie, czułam się paskudnie. Kolejny raz mieli rację. Byłam na haju. Dopiero teraz przyjęłam to do wiadomości, ale przyzwyczaiłam się, za każdym razem tak się działo. Mówili: „Jesteś naćpana!”, „Znowu brałaś!”, a ja im nie wierzyłam. Kilka godzin później budziłam się z piekielnym bólem w ciele.
- Patrz! Obudziła się! Ktoś stał po drugiej stronie pomieszczenia, jakiś mężczyzna.
Uniosłam się i podpierając na łokciach spojrzałam w bok. Pod ścianą stała niska i szczupła dziewczynka, ze złotymi lokami okalającymi dziecinną twarz, na której widok robiło mi się niedobrze. Ta słodkość bijąca od niej była tak mdląca, że ledwo powstrzymywałam odruch wymiotny. Całe szczęście, że miała na sobie długi płaszcz w kolorze zgnitego ogórka, który niwelował nieco cukierkową całość.
Tuż obok stał mężczyzna. Wysoki, przystojny ubrany w czarną pelerynę sięgającą podłogi. Czarne włosy ułożone miał w artystycznym nieładzie, który podkreślał ostre rysy twarzy. Diaboliczny uśmiech nieco mnie przerażał.
- Witaj nazywam się Aro, a to jest Jane oznajmił mi mężczyzna. Chcemy porozmawiać.
Usiadłam chcąc ich wysłuchać. Moje podarte jeansy były całe mokre od wody. Uśmiechnęłam się do siebie. Musiało mnie nieźle suszyć.
- O czym? – spytałam ochryple.
- Gloriam qui spreverit, veram habebit powiedział po łacinie, a oczy zabłysły mu szkarłatnym blaskiem.
- Kto wzgardził sławą, zyskał sławę prawdziwą przetłumaczyłam jego słowa z niemym podejrzeniem malującym się na mojej twarzy. O co im chodziło?
Uśmiech na twarzy mężczyzny się poszerzył.
- Brawo Jane, znalazłaś idealną kandydatkę.
- Oświeci mnie ktoś, o co biega? warknęłam.
- Moja droga pomocnica, Jane, miała za zadanie znaleźć dla mnie kogoś, kto stanie się moim światłem w życiu przepełnionym mrokiem odpowiedział w dziwny sposób. Sprawiał wrażenie, jakby pochodził z odległej przeszłości. Prawda jest taka moja droga, że mimo mego wdzięku nie potrafię znaleźć sobie kobiety.
- Moja droga ma imię! syknęłam.
- Którego mi nie wyjawiła. Denerwował mnie jego kpiący uśmiech.
- A.J.!
- A pełne?
- Alex Julia Smith do rozmowy wtrąciła się dziewczynka. Przyjęła pseudonim artystyczny na potrzeby nagrania własnej płyty cztery lata temu. Obecnie jest w trakcie promowania swojego drugiego krążka, którym jesteśmy zainteresowani podkreśliła ostatnie trzy słowa.
- Ach no tak! Mężczyzna podszedł do mnie, a jego szkarłatne tęczówki próbowały mnie hipnotyzować. Wyjaśnisz nam pochodzenie jednego z twoich utworów? „My Black Angel Save Me From Death”?
- Nie twój zakichany interes gargulcu! splunęłam mu w twarz.
Nienawidziłam takich ludzi. Myśleli, że wszystko im wolno. Próbowali wyciągnąć ze mnie każdą informacje, od wynagrodzenia za koncert, po ilość propozycji matrymonialnych. O nie! Ja się nie dam tym cholernym dziennikarzom!
Wstałam i już chciałam odejść, ale koścista dłoń koloru kości słoniowej chwyciła mnie za gardło. Biło od niej tak straszne zimno, że aż paraliżowało. Z trudem łapałam oddech, gdyż palce wpijały mi się w skórę. Bolało, ale na to nie zwracałam takiej uwagi jak na wyraz jego twarzy.
Chęć mordu… Pożądanie… Głód… To wszystko mnie przerażało, choć nie umiałam tego zrozumieć.
- Powiesz?
- No dobła… Tylko… wesz wyłuzuj… - mamrotałam, gdyż nadal mnie dusił.
Puścił mnie. Momentalnie złapałam się za szyję i wciągając łapczywie powietrze, próbowałam rozmasować delikatnie obolałe miejsce. Teraz, mimo, że nie chciałam musiałam cofnąć się do tamtego koszmaru i go opowiedzieć.
- Przed rokiem imprezowałam ze znajomymi zaczęłam niepewnie. Jak zwykle naćpałam się do granic możliwości. Widziałam jakieś ptaszki, baranki i w ogóle wszystkie zwierzaki świata przed oczami. Chyba kumacie, o co loto? spojrzałam na nich nieco sceptycznie. Nie chciało mi się wierzyć, że mnie rozumieją. Mnie się nie da zrozumieć szczególnie, jeśli jestem na haju, a na takowym niewątpliwie wtedy byłam. No w każdym razie zabawa się rozkręcała, a ja z grupką ziomków poszłam zabawić się na dach jednego z apartamentowców, w którym znajdował się klub. Piwo, tanie wino i wódka… wszystko! W dodatku ktoś dorzucił jeszcze jakieś dopalacze. Mało pamiętam ze szczegółów, ale staram się sobie przypomnieć, więc nie patrzcie na mnie jak na jakiegoś czubka! krzyknęłam widząc ich spojrzenia. Nawaliłam się totalnie. Na pół przytomna zaczęłam spacerować po krawędzi dachu. Nie wiem, jakim cudem, ale chciałam skoczyć. Nie udało mi się. Jakiś kretyn złapał mnie w porę za rękę. Zamilkłam jak tylko przypomniałam sobie twarz tego „kretyna”.
Piękna, idealna i taka anielska. Patrzył na mnie złocistym wzrokiem. Martwił się czy wszystko ze mną w porządku. Nikt nigdy nie mówił do mnie takim głosem jak on wtedy… Łzy spłynęły mi po policzkach.
- Nie patrzcie tak na mnie do cholery! Jestem tylko człowiekiem! wrzasnęłam nie mogąc ścierpieć ich kpiących uśmiechów. Gardziłam tym bagnem ale sama w nie wpadłam przez zbieg okoliczności. To nie moja wina! To jest dla mnie jak narkotyk!
- Nie unoś się moja droga A.J. żczyzna chwycił moją dłoń. Domyślam się, że o swoim wybawcy napisałaś ten utwór.
Przytaknęłam skinieniem głowy. Dziwnie się czułam, jakbym zdradziła kogoś. Być może był to efekt swoistego kaca, jaki miałam po Ecstasy, które zażyłam przed koncertem.
- Kim jesteście? spytałam ocierając wierzchem dłoni słone krople spływające po moich policzkach. Z pewnością nie byli dziennikarzami.
- Przyjaciółmi odparł. Mamy dla ciebie propozycję.
Wiedziałam! Wiedziałam, że tak się skończy! Zaraz powiedzą coś głupiego, a ja zacznę rzucać przedmiotami, jak to zwykle bywa przy składaniu mi propozycji.
- Na stoliku położę dwie tabletki. Jedna zielona, a druga czerwona. Facet sobie kpi? Nie zażyję żadnej tabletki niewiadomego pochodzenia Zielona cię zabije, a czerwona tylko zasymuluje śmierć.
- Zasymuluje? spojrzałam na niego wiele mówiącą miną: Coś ci chyba pod kopułą nie styka koleś!”.
- Ogólnie dla świata będziesz martwa, ale wtedy my zabierzemy cię do siebie uśmiechnął się chytrze. – Zyskasz sławę, która będzie większa i bardziej przydatna niż ta co ją posiadasz tutaj.
Wyszli zostawiając mnie samą z myślami. Czy wszyscy poszaleli? Clair by zwariowała gdyby coś mi się stało. Zwariowała? Trzeba by ją wtedy wysłać do psychiatryka! Ona jest nieobliczalna jak się zdenerwuje.
Spojrzałam na stolik z tabletkami. Jaką opcję wybrać? Śmierci nie chcę przecież, a z tym gargulcem i jego laleczką nigdzie nie pójdę. A więc…
Łyknęłam tabletkę. Rozsiadłam się na kanapie w garderobie zawalonej moimi ciuchami. Świat zawirował mi przed oczami. Uśmiech satysfakcji przemknął po mej twarzy. Wreszcie byłam wolna. Jak ptak szybujący nad równiną. Nie obchodziło mnie nic.

- „W zeszłym miesiącu, w Chicago, odbył się koncert młodej punkowej gwiazdki - A.J. Jej nowa płyta odnosi sukcesy niemal w całej Północnej Ameryce, ale to chyba nie ucieszyło samej zainteresowanej, gdyż znaleziono ją na kanapie w stanie wskazującym jednoznacznie na zażycie narkotyków. Gwiazda znajduje się do teraz w szpitalu, gdzie dochodzi do siebie. Z nieoficjalnych źródeł dowiedzieliśmy się, że ten wybryk omal nie kosztował jej życia. Lekarze nie wypowiadają się na temat stanu zdrowia pacjentki, ale czas pokaże czy artystka wróci na scenę.” Tyle ci wystarczy? miodowe oczy mojego anioła patrzyły na mnie ze smutkiem. Teraz wiesz dlaczego powinnaś zniknąć ze świata showbiznesu?
- Edwardzie wiem, ale nadal nie rozumiem, dlaczego ty mi w tym zniknięciu nie chcesz pomóc. zrobiłam minę zbitego psa, której nie trudno było się oprzeć.
Westchnął. Tłumaczył mi to już setki razy, gdy leżałam w szpitalu, ale ja nadal go męczyłam. Trułam mu jego seksowne dupsko cały czas. Nie dam mu wytchnienia dopóki się nie zgodzi.
On mnie znalazł wtedy w garderobie. Znów mnie uratował. Twierdził, że to dzięki jego siostrze, która widzi przyszłość, ale dla mnie i tak było jasne to, co się wydarzyło.
Podszedł do mnie i ujął w dwa palce kosmyk moich miedzianych włosów. Minęły dwa miesiące odkąd zaczął to robić, a moje ciało nadal dziwnie reagowało. Tętno mi przyspieszało, krew buzowała w żyłach. Stałam się niewolnicą jego uroku. Piękniejszy niż cherubin, idealny jak rzeźba greckiego boga i wrażliwy jak moje alter ego. Tak! Musiałam przyznać! A.J. się zakochała! Prasa miałaby kolejny kąsek do schrupania, gdyby się dowiedziała.
- Nigdy sobie nie wybaczę, jeśli odbiorę ci duszę, a tak się niewątpliwie stanie, jeśli zdecyduję się cię zmienić powiedział zbolałym głosem.
- Edo ja… - nie zdążyłam dokończyć.
Zdekoncentrował mnie jakiś dziwny dźwięk zza ściany. Nie był to krzyk, ani odgłos walących się ścian. To, co słyszałam wydobywało się jakby z głębi mojego umysłu. Tępe dudnienie.
- Też to słyszysz? zwróciłam się do mojego towarzysza.
Edward stał nieruchomo niczym posąg. Wyglądał jak rzeźba Dawida dłuta Michała Anioła. Idealna sylwetka wyeksponowana przez pozycję, w jakiej się znajdował. Gdyby teraz ściągnął koszulkę… mrau! Rzuciłabym się na niego jak dzika kocica.
- Volturi… - szepnął. Aro tu idzie, a wraz z nim Jane i Alec. Musisz się ukryć.
Czyżby moi znajomi? Ci, którzy odwiedzili mnie wtedy po koncercie? Muszę mu o tym powiedzieć.
- Ja… ich znam odezwałam się cicho.
Spojrzał na mnie swoimi miodowymi oczętami, w których mogłabym się zanurzyć. Ilekroć nasz wzrok się spotykał czułam jak twarda skorupa A.J., punkowej gwiazdki, mięknie, a wychodzi z niej wrażliwa i sentymentalna Alex.
- Te dwie tabletki, o które pytałeś mnie jeszcze w szpitalu… dostałam od tego całego Aro wydukałam. Jedna miała zasymulować śmierć, żeby mogli mnie zabrać do siebie.
Zacisnął pięści, aż mu kostki pobielały jeszcze bardziej, o ile to w ogóle możliwe. Widziałam jak mięśnie twarzy się napinają. Zdenerwowałam go czymś?
W pewnym momencie drzwi od mieszkania, w którym ukrywałam się przed paparazzi od dwóch tygodni, otworzyły się z hukiem. W wejściu stanął znajomy mi mężczyzna, z dwójką dzieci z każdej swej strony. Dziewczynkę rozpoznawałam. Jane. Nie znałam jedynie chłopca bardzo podobnego do tej małej diablicy. Blondyn obcięty krótko, z błyszczącymi szkarłatem oczami wyglądał tak niewinnie jak ona, ale jego uśmiech mnie niepokoił.
- Witaj Edwardzie Cullen. Aro podszedł do mojego anioła chcąc uścisnąć mu dłoń.
Ten się odsunął. Z wyraźną niechęcią patrzył na naszych gości.
- Czego chcesz? wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Daliśmy wybór twojej przyjaciółce wybór, dzięki któremu mogła cie uratować oświadczył mężczyzna przyglądając mi się z kpiącym uśmiechem. Niestety nie wybrała nic. W związku z tym przybyliśmy wymierzyć sprawiedliwość.
- Ale ja nic nie zrobiłam! krzyknęłam przerażona widząc, jak Aro się do mnie zbliża.
- Och jesteś taka piękna A.J. Szkoda, że źle wybrałaś schwycił moją brodę w swoje długie palce Ta cera, włosy, oczy! Wszystko idealne! Jakbyś się urodziła po to, aby stać się wampirzycą!
- Zostaw ją! warknął Edward.
- Mam ochotę cie schrupać. Brunet oblizał usta swoim obleśnym językiem. Miałam ochotę splunąć mu w twarz, ale jego dłoń mi w tym przeszkadzała. Zostawię cię na deser.
- Łapy precz gargulcu! – syknęłam.
Mój anioł uderzył go z całej siły zaciśniętą pięścią w twarz. Widziałam chęć mordu w jego oczach, jednak wcale mnie nie przeraziła. Wiedziałam, że przy nim mogę czuć się stu procentowo bezpieczna.
Oboje mierzyli się wzrokiem. Widziałam jak toczą jakąś niemą bitwę. Jakaś cząstka mnie nie czuła się pewnie. Jakby to wszystko miało się źle skończyć.
- Alec! Aro zwrócił się do chłopca, a ten nawet się nie poruszył.
W oczach Edwarda ujrzałam przerażenie. Czyżby mój anioł stracił wiarę w siebie? Stał jak sparaliżowany. Wyraz twarzy ukazywał jakiś wewnętrzny ból, rozdarcie.
- Edo…? szepnęłam pytająco.
- To już jego koniec moja droga brunet roześmiał się złowrogo. Widzisz, Alec i Jane są rodzeństwem szczególnie uzdolnionym. Jane potrafi zadawać ból, od którego można umrzeć, a Alec sprawi, że nie będziesz nic czuć spojrzał w stronę dziewczynki. Jane, podaj zapałki.
Z mojego gardła wydobył się niemy krzyk przerażenia. Rzuciłam się, aby ratować mego stróża tak jak on już kilka razy to uczynił, ale Aro złapał mnie w pasie. Szeptał mi coś do ucha. Nie słuchałam go. Krzyczałam i wierciłam się, ufając, że mu się wyrwę. Był silniejszy.
Ogień zapłonął tuż przy stopach Edwarda. Patrzyłam jak płonie nie mogąc się ruszyć nawet o milimetr. Bolało. Łzy spływały mi po policzkach. Poruszył oczami by spojrzeć na mnie. Umierał, a ja nie mogłam nic zrobić by mu pomóc.
Wykorzystując chwilową nieuwagę bruneta, wyrwałam się i podbiegłam do ukochanego.
- Kocham cię szepnęłam i pocałowałam jego marmurowe usta.
Nie zdążyłam się wczuć, bo drobna, lodowata dłoń odrzuciła mnie w stronę ściany. W oczach Jane żarzyło się zło. Teraz widziałam jak bardzo zepsuta i skazana na stracenie jest jej dusza, o ile w ogóle ją miała.
Okropny krzyk przeszył powietrze. Ogień trawił już całą sylwetkę mojego anioła. Sama poczułam jakby moje wnętrze się paliło. Wraz z NIM umierała część mnie. Znałam go zaledwie od niespełna dwóch miesięcy, ale już teraz wiedziałam, że coś nas połączyło. Jakaś nierozerwalna więź, której nic nie mogło zniszczyć. Zakochałam się w nim. Nie wiedziałam jednak czy było to uczucie odwzajemnione.
Dwa razy uratował mi życie i o tym wiedziałam, ale nigdy tak naprawdę nie dowiedziałam się czy nie ratował mnie też innymi razy, gdy urwał mi się film, albo coś…
- Teraz kolej na ciebie. Aro podszedł do mnie powolnym krokiem.
Jedną ręką chwytając mnie za bluzę, uniósł do góry. Cały mój makijaż spłynął z łzami. Musiałam wyglądać koszmarnie, ale czy to było teraz ważne? Stałam oko w oko z mordercą, który lada moment mnie zabije.
I w ten oto sposób zakończy się marny żywot A.J. Smith naczelnej ćpunki showbiznesu. Już widziałam te nagłówki w gazetach. Ha! Nie ma to jak sarkazm w obliczu śmierci. Marne życie marny koniec.
- Ostatnia szansa brunet spojrzał na mnie.
- Honesta mors turpi vita potior1 wycedziłam mu w twarz.
- Czy ja wiem czy to twoje życie było takie haniebne wywrócił teatralnie oczami.
Zbliżył swoją twarz do mnie. Czułam na sobie jego oddech. Rozchylił usta ukazując mi śnieżnobiałe zęby. Jedną dłonią przechylił moją głowę. Serce biło mi w zabójczym tempie, jakby było bolidem ścigającym się w zawodach formuły pierwszej, albo jakbym przed chwilą zażyła Ecstasy.
Wbił swoje ostre zęby w moją szyję. Piekielnie bolało. Czułam jak życie ucieka ze mnie wraz z wysysaną krwią. Życie się skończyło, a zaraz miała nastać nicość. Nie było już mojego anioła, który mógłby mnie uratować. Zostałam sama.
Straciłam świadomość. Czułam tylko jak opadam na podłogę i uderzam głową w posadzkę. Z oddali dochodziły jakieś krzyki. Uchyliłam ostatkiem sił powieki. Mój umysł zarejestrował tylko zamazany obraz kilku par nóg wbiegających do pomieszczenia.
Potem nie było już nic.

Uratuj mnie mój czarny aniele
Od śmierci i zapomnienia

Bądź mym drogowskazem
Nie pozwól zbłądzić

Daj mi się kochać
Zaznaj mej czułości

Ukołysz do snu w swych ramionach
Zaśpiewaj kołysankę na dobranoc

Otrzyj łzy cierpienia
Zrozum ból i rozterkę

Nie opuszczaj mnie nigdy
Bo tyś mym aniołem
Mą miłością
Mym stróżem

Niech łącząca nas więź przetrwa długie wieki
Niech istnieje nawet po śmierci
Bo jest trwalsza niż nie jeden głaz




1 Lepsza zaszczytna śmierć niż haniebne życie”



Link do one-shota na moim blogu: http://aworldlitbyfireflies.wordpress.com/2011/09/25/czarny-aniol


 


Alex.
Nastrój:
Kategoria: One-shoty

ONE-SHOT: Psycho

wtorek, 21.stycznia.2014, 02:58

Ku woli wstępu: Opowiadanie napisane w trzech częściach, wytwór mojej pobudzonej wyobraźni. W skrócie tak mogę opisać to opowiadanie. Sam pomysł zrodził się w moim umyśle po obejrzeniu wywiadu z zespołem 30 seconds to mars podczas ich wizyty w Łodzi i rozmowie na jego temat ze znajomą. Zdaje mi się, że był to wywiad dla radiowej trójki albo czwórki? Nie pamiętam dokładnie. W każdym bądź razie, Jared zachowywał się tam tak, jak wyobrażam sobie zachowanie Bartholomew Cubbinsa, jego alter-ego i pseudonim, pod którym reżyseruje teledyski zespołu.
Samo opowiadanie przedstawia relacje Jared-Bart w mojej własnej interpretacji ubarwionej nieco przez wyobraźnię – tę potężną siłę, jaką posiada każdy z nas. Chciałam w jakiś sposób przedstawić to jak to może wyglądać (chociaż wcale nie musi), po co Jaredowi jest potrzebna postać Barta. Taka moja fantazja.
Jak większość zdążyła zauważyć pisałam partami publikując po jednej części. Chociaż part I i II napisane zostały nadzwyczaj szybko, to part III przysporzył mi wielu trudności. Samą koncepcję zakończenia zmieniałam chyba z milion razy, aż w końcu zdecydowałam się na takie, jakie jest (za co sporo osób zapewne mnie poturbuje przy najbliższym spotkaniu).
Pisząc part I miałam nieustannie w głowie utwór Eminema „Not Afraid”, przy parcie II towarzyszyło mi „Iridescent” by Linkin Park, natomiast początek partu III sponsoruje Blue Cafe swoim kawałkiem „My Road”, a pisanie zakończenia wspomagał głos Teddy’ego Geigera i paru jego piosenek.
Może niektórzy się ze mną nie zgodzą, ale dla mnie jest to moja prywatna perełka. Moje dziecię, z którego jestem strasznie dumna, bo wydaje mi się, że wyszło mi najlepiej ze wszystkiego, co dotychczas stworzyłam. Całość pozostawiam waszej ocenie, jednak przepraszam za wszelkie błędy, jeśli chodzi o niezgodność z tym jak wygląda leczenie pacjentów w szpitalach psychiatrycznych, ale nie jestem ani studentką ani lekarzem z tym związanym, więc pisałam „na czuja” i w taki sposób, aby pasowało mi do akcji.
Cytat końcowy pochodzi z „A Modern Myth” zespołu 30 seconds to mars.


~~~~~~


Part I


Wtedy włożę maskę. Zawsze będę ją miał przy sobie i w razie potrzeby, gdy ogarnie mnie bezsilność lub przerażenie, nałożę ją, by skryć swój strach. Wydawało mi się to uczciwe. Będę musiał rozpoznać i zaakceptować go w pełni. Jeżeli zechce mną wstrząsnąć lub zmusić mnie do płaczu, poddam się temu na tak długo, jak długo będę nosił maskę. Kiedy strach przeminie, znów zostanę sam. Umierając, dzieliłem się na dwoje. Wyruszając w podróż, zabierałem obie swe osobowości i każdej z nich pozwalałem mieć własny czas.


— Jonathan Carroll
Na pastwę aniołów



Na studiach wpajano nam, aby nigdy, przenigdy nie dać się wciągnąć w problemy pacjentów. Będąc osobą niezależną, o buntowniczym charakterze, zignorowałam wszelkie ostrzeżenia na ten temat, za co miałam zapłacić słoną cenę. Moja kariera lekarska wisiała na włosku, a to wszystko przez pragnienie pomocy przyjacielowi, jakiego zyskałam w tym mężczyźnie.
Wszystko zaczęło się od praktyk u profesora Polley’a, który miał wprowadzić nielicznych studentów ostatniego roku w przypadki wyjątkowo intrygujące. Przypadki, tak, tym właśnie mieli być dla nas pacjenci. Numerami w kartotece, ewentualnie imionami w naszych notatkach, ale nikim więcej. W grę wchodziło jedynie zagłębienie się do ich umysłów, bez ingerowania w ich życie prywatne. Niby nic trudnego, trzeba tylko wyłączyć własne uczucia, odstawić je na bok, zamknąć w sejfie na czas pracy.
Och, jak bardzo się myliłam. Uciszenie wewnętrznych uczuć stało się najtrudniejsze, wkrótce miałam się o tym przekonać. Wszystko zaczęło się pewnego deszczowego dnia czerwca, podczas obchodu z profesorem Polley’em, kiedy to zobaczyłam jego. Na oko czterdziesto paroletni mężczyzna, z brodą obsypaną siwizną, ubrany w niebieskie spodnie od dresu i powyciągany sweter, w zwyczajnych brązowych kapciach i ogromnej włochatej czapce z króliczymi oczami i uszami, stał pod jedną ze ścian w korytarzu, jakby obserwując grupkę lekarzy spacerujących od sali do sali, od pacjenta do pacjenta. W tamtym momencie nawet nie śmiałam myśleć o tym, że patrzył na mnie, jednak jak się później dowiedziałam, tak właśnie było.

15 sierpnia 2017
— Jesteś pewna, że chcesz tego? – Twarz wiekowego lekarza wyrażała głębokie zaskoczenie.
— Tak, to doskonały materiał na pracę dyplomową. – Pokiwałam grzecznie głową, delikatnie się uśmiechając. – Bart, jak go nazywacie, jest nietypowym przypadkiem, który chciałabym zbadać bliżej.
Z wyraźną niechęcią zostałam zaprowadzona do sali zajmowanej przez ekscentrycznego pacjenta. Dłonie drżały mi z podniecenia, a palce zaciskały się kurczowo na okładce trzymanego przeze mnie notesu, w którym miałam zamiar prowadzić skrupulatne notatki dotyczące mojego spotkania z chorym.
Otrzymawszy ostatnie rady od profesora prowadzącego przypadek, weszłam pewnie do pomieszczenia. Moje nozdrza natychmiast uderzył zapach niezwykle pięknych męskich perfum. Usiłowałam rozpoznać czy to jest jeden z tych drogich zapachów wąchanych przeze mnie podczas wybierania prezentu dla narzeczonego, co nie przyniosło większych rezultatów. Jego perfumy pozostały dla mnie zagadką.
W półmroku panującym na tej sali ciężko było cokolwiek dostrzec, dlatego też przymrużyłam oczy by mieć się na baczności przed przeszkodami na mojej drodze. Dźwięk zamykanych za mną drzwi wywołał u mnie gęsią skórkę, przez co przeszedłszy kilka kroków zatrzymałam się starając odnaleźć mężczyznę.
Ta sytuacja przypominała scenę jak z jakiegoś kiepskiego horroru, gdzie postać czuje za plecami czyjąś obecność, a po chwili po skórze jej szyi sunie czyjś oddech.
— Zawsze tak witasz gości? – Spytałam i z nowym zapasem pewności siebie, odwróciłam się do niego. – Jestem Sarah. Miło mi cię poznać, Bart.
— Nie jestem Bart – wychrypiał obserwując mnie uważnie swoimi jasnobłękitnymi tęczówkami.
— Nie? Wszyscy tutaj tak na ciebie mówią.
— Ale ja nie jestem Bart.
Wyraźnie widziałam ile kosztuje go odezwanie się do mnie. Uprzedzano mnie, że ten pacjent jest wyjątkowo skryty w sobie, nikomu nie ufa, a tym bardziej komuś, kto nie jest jego lekarzem prowadzącym. Moje zadanie stało się trudniejsze gdyż nie należałam ani do grona lekarzy ani pielęgniarek, a dla niego stanowiłam osobę nieznajomą, obcą.
Posławszy mu delikatny uśmiech usiadłam na sofie ledwo dojrzanej w półmroku pokoju. Czując na sobie jego wzrok, rozłożyłam notatki na stoliku przede mną, by móc rozpocząć z nim rozmowę.
Nie odpowiedział na żadne pytanie, chociaż przesiedziałam z nim calutki dzień. Jak jakaś idiotka trwałam tam zadając pytania w powietrze, a nie otrzymując na nie odpowiedzi, przechodziłam do kolejnych.
Taki stan rzeczy utrzymywał się przez kolejne tygodnie, kiedy to widywałam się z pacjentem średnio, co drugi dzień, wyłączając weekendy. Pod koniec lata, coś się jednak zmieniło.


11 września 2017
Standardowo, odwiedziłam Barta w jego sali, gdzie usiadłam na sofie. Nic nie wskazywało na to, że to spotkanie coś odmieni, chociaż sam mężczyzna zdawał się bardziej wyluzowany. Stał teraz przy oknie obserwując coś, co działo się na dziedzińcu, a ja miałam chwilę czasu na uważne przestudiowanie jego sylwetki.
Zauważyłam pewną różnicę. Odkąd się z nim widywałam nie widziałam, aby miał na sobie coś innego prócz dresu i swetra, teraz jednak sweter został zastąpiony jakąś luźną bluzą z szerokim kapturem. Zazwyczaj dumnie wyprostowany, tym razem był lekko przygarbiony, co w połączeniu z półmrokiem w pokoju i jego strojem wyglądało niepokojąco.
— Więc, chciałabym cię powitać, dzisiaj jedenasty września dwa tysiące osiemnastego roku – powiedziałam donośnie, tak aby mieć pewność, że wypowiedź nagra się na dyktafon, używany przeze mnie od niedawna. – Szczerze powiedziawszy nie liczę na to, ale może chciałbyś coś powiedzieć?
— Siedemnasta rocznica ataku na World Trade Center w Nowym Jorku. – Ku mojemu zaskoczeniu usłyszałam jego głos. Niezwykle spokojny i pewny siebie, jakby wcale nienależący do kogoś, kto cierpi na zaburzenie osobowości lękliwej.
— Dokładnie tak. – Nie potrafiłam ukryć w moim głosie oznak uśmiechu cisnącego się na usta, po tym jak uzyskałam odpowiedź.
— Tonight It’s revolution Tonight We’re going to war, we’re going to war, we’re going Tonight You better make a decision Tonight We’re going to war, we’re going to war – zaczął nucić cicho pod nosem. – I pomyśleć, że ten kretyn zrezygnował z takiej piosenki z obawy przed niezrozumieniem ludzi.
Z uwagą przyglądałam się postaci w oknie zastanawiając się czy aby znajduję się w odpowiedniej sali, gdyż nie zachowywał się on jak Bart, którego zdążyłam już trochę poznać.
— Nigdy mnie nie słuchał w takich momentach. Zawsze, jeśli chodziło o fanów i innych ludzi, to on podejmował decyzje nie pozwalając mi się popisać.
— Kto podejmował decyzję? – Spytałam ostrożnie nie chcąc go urazić.
— Ten idiota zwący się wokalistą od siedmiu boleści, ten, co uważa się za reżysera, aktora i muzyka! – Wreszcie mogłam spojrzeć mężczyźnie w oczy, gdyż odwrócił się do mnie gwałtownie. – To ja jestem tym, któremu wszystko zawdzięcza. On jedynie miał ładną buźkę i śliczne oczka, a ja użyczyłem mu własnego siebie, mojego talentu, wszystko po to, aby zaistniał.
— Może powinieneś z nim o tym porozmawiać?
— Myślisz ślicznotko, że nie rozmawiałem? –Pacjent zbliżył się do mnie o kilka kroków, dzięki czemu przyjrzałam się jego oczom. Uprzednio jasnobłękitne, teraz pociemniałe, jakby bardziej agresywne i zdeterminowane. – On o tym doskonale wie, dlatego się tu ukrywa, bo nie potrafi znieść poczucia winy.
Z trudem panowałam nad sobą, jednak ten człowiek mnie przerażał. Było w nim tyle sprzecznych emocji, tyle pasji, które odżyły dzisiaj, a nie dawały o sobie znać prędzej. Musiałam wykorzystać okazję i wyciągnąć od niego jak najwięcej się dało.
— Jak on ma na imię? – spytałam lekko się do niego zbliżając.
— Pytasz mnie jak on ma na imię? Powinnaś wiedzieć, doktorko – zaśmiał mi się w twarz, dzięki czemu jego ciepły oddech o lekkim zapachu mięty owiał moją twarz. – Tak mu się podobasz, a jeszcze ci się nie przedstawił?
— Jest małomówny – mruknęłam delikatnie się czerwieniąc.
— Jared „pieprzony dupek” Leto, kojarzysz może? – Przeniósł się na fotel, w którym rozparł się jak władca świata, władca własnego „ja”. – Taka małpa wspinająca się po rusztowaniach na koncertach, kiedy jeszcze był na siłach. Z wiekiem jednak jego sprawność spadła, tak samo jak potencja, więc zdecydował się na surfowanie po tłumie napalonych dzieciaków pod sceną.
Wyjaśnienie Barta mnie oświeciło. Wiedziałam, że skądś znam tę przystojną twarz, jednak nie potrafiłam umieścić jej przy właściwym nazwisku. Teraz wreszcie mi się to udało.
Kolejne sesje rozmów z pacjentem przyniosły spore postępy w mojej pracy zaliczeniowej. Spokojnie mogłam opisać pacjenta, kim był i jak wyglądało jego życie przed trafieniem do szpitala, choć niestety te informacje i opowieści były nieco stronnicze.
Coraz rzadziej bywałam w szpitalu, gdyż zbliżające się egzaminy kończące przedostatni semestr wymagały ode mnie poświęcenia dużej ilości czasu na naukę. Spędzając jednak każde wtorkowe popołudnia z pacjentem, dowiadywała się nowych szczegółów z jego życia.
Kolejny przełom miał miejsce tuż przed Bożym Narodzeniem.



21 grudnia 2017
Trzymając w dłoniach pudełeczko opakowane w papier świąteczny, wewnątrz którego znajdował się drobiazg będący prezentem dla Barta – mała replika wieży Eiffla wykonaną z jakiegoś dość ciężkiego metalu. Pamiętam, że przywiozłam ją razem z Robertem – moim narzeczonym – z Paryża, gdzie spędzaliśmy jedne z naszych wspólnych wakacji.
Z uśmiechem wywołanym przyjemnymi wspomnieniami zapukałam do drzwi sali zajmowanej przez pacjenta, po czym wolną ręką nacisnąwszy klamkę, pchnęłam drzwi. Standartowo w pomieszczeniu panował półmrok, mimo słonecznej pogody za oknem przysłoniętym grubymi zasłonami. Bart siedział rozparty w swoim fotelu nie spuszczając ze mnie wzroku odkąd tylko moja noga przestąpiła próg jego azylu.
— Witaj – powitałam go siadając na sofie obok. Jak zwykle rozłożyłam przed sobą moje notatki oraz dyktafon, następnie spojrzawszy na mężczyznę oczekiwałam jakiejś reakcji z jego strony.
— Ktoś tu chyba ma doskonały humor – zauważył, trafnie zresztą, podczas ugniatania w dłoniach gumowej piłki. – Widzisz, co dostałem? Ma mi pomóc panować nad sobą – prychnął wskazując zabawkę.
— Zbliżają się święta. To świąteczna atmosfera poprawia mi humor – wyjaśniłam zatykając luźne kosmyki włosów za ucho. – Przyniosłam ci też prezent.
Zmarszczył brwi w momencie, kiedy wyciągnęłam w jego stronę pudełeczko, jednak przyjął je bez najmniejszych protestów. Ze zniecierpliwieniem obserwowałam jak wolno odpakowywał prezent. Miałam nadzieję, że spodoba mu się ten drobiazg, ale wyraz twarzy Barta pozbawił mnie wszelkich złudzeń, co do tego.
— Co to jest?! – Niemal wrzasnął, wyrzuciwszy trzymaną replikę paryskiej wieży, i wymachując prawą dłonią wylał wodę ze spoczywającego na stoliku przed nim kubka.
— Wieża Eiffla – mruknęłam cicho w odpowiedzi. – Drobny prezent dla ciebie.
Nie wiedziałam czy to moje słowa, czy sam przedmiot znajdujący się w pudełku, w każdym razie coś wywołało w nim wściekłość, jakiej jeszcze nie widziałam u nikogo. Błękitne tęczówki, pociemniałe i inne od tych, które ujrzałam podczas pierwszego spotkania z pacjentem, niemal jarzyły się wewnętrzną furią, co jeszcze bardziej akcentowała pulsująca pod lewym okiem żyła. Całe ciało drżało z nadmiaru emocji, jakie nim targały, a kończyny zdawały się nie móc znaleźć sobie miejsca. Chory, stojąc przede mną, przebierał nogami jakby chcąc wydeptać w podłodze dziurę prowadzącą na niższe piętro, jednocześnie wymachując rękoma i przekrzykując własne przekleństwa słowami po francusku.
Po dłuższej chwili wściekłość w oczach zmieniła się w czysty obłęd. Na tej przystojnej, choć strasznie postarzałej przez pobyt w szpitalu i brodę, twarzy pojawiła się nowa emocja – strach.
Sama nie byłam obojętna na zachowanie Barta, bałam się nawet teraz do niego odezwać, a co dopiero poruszyć. Sam chory wrócił na swoje miejsce w fotelu, na którym skulił się podciągając kolana pod brodę i, niczym dziecko z chorobą sierocą, zaczął bujać się w przód i tył obejmując nogi ramionami.
— Bart… — Przygryzłam wargę zastanawiając się, o co właściwie chcę spytać. Wyraźnie widziałam, że coś się stało i nie czuł się dobrze, zastanawiający był dla mnie jedynie powód tego.
Nie miałam właściwie wiele czasu, aby się nad tym zastanowić, ponieważ pacjent znów zaczynał zmieniać swoje zachowanie. Wpatrywał się uparcie w leżącą na podłodze wieżę Eiffla wykrzywiając swoją twarz w najwymyślniejszych grymasach wyrażających wszelkie możliwe uczucia, od strachu, poprzez obrzydzenie, skończywszy na wściekłości.
Zerwawszy się z miejsca popędziłam po pomoc w postaci pielęgniarzy, którym poleciłam, aby wzieli ze sobą środki uspokajające. Sama postanowiłam zaczekać i uspokoić się w dyżurce, gdzie jedna z tutejszych pielęgniarek zrobiła mi ziołowej herbaty.
Drżałam na samą myśl tego, co sama wywołałam wręczając Bartowi prezent w postaci pamiątki znad Sekwany.
Odłożywszy kubek, którego zawartość niemal wylałam na siebie przez trzęsące się dłonie, wstałam i obejmując się ramionami zbliżyłam się do okna. Profesor Polley miał rację ostrzegając mnie przed tym przypadkiem. Być może nie byłam jeszcze gotowa na zetknięcie się z tak trudnym przypadkiem, ale chciałam ukończyć szkołę w wielkim stylu, przy okazji pomagając drugiemu człowiekowi.
Kiedy pielęgniarze wrócili dając tym samym znać, że sytuacja została opanowana, udałam się do sali pacjenta. Widok, jaki zastałam boleśnie ścisnął moje serce, choć według zasad wpajanych mi w szkole wcale nie powinien wywołać takiej reakcji.
Bart leżał na swoim jednoosobowym łóżku, okryty cienką kremową kołdrą z dłońmi ułożonymi na niej wzdłuż ciała. Jego oczy przysłonięte były teraz powiekami, a twarz wyglądała niesamowicie spokojnie.
— Przepraszam – szepnęłam doskonale wiedząc, że mnie nie usłyszy. – Nie miałam pojęcia jak zareagujesz na ten prezent.
Poprawiłam mu ostrożnie poduszkę wysuniętą nieco spod głowy, po czym zaczęłam zbierać notatki rozłożone na stoliku do kawy.
— To nie twoja wina. – Usłyszałam za sobą. Natychmiast odwróciłam się w stronę łóżka, gdzie chory siedział podpierając się rękoma. – Bart nikomu nigdy nie mówił, z czym kojarzy mu się Paryż.
— A z czym ci się kojarzy? – Uniosłam brwi lekko zaskoczona jego zmianą. Wyprostowawszy się, wyciągnął ręce nad głowę przeciągając się, jakby miał za sobą jakiś długi sen.
— Nie mi, tylko jemu – poprawił mnie kiwając palcem. – Musisz zacząć dostrzegać różnicę, kiedy rozmawiasz z Bartem, a kiedy ze mną.
— Może bym ją dostrzegała, gdybym, choć czasami widywała ciebie zamiast niego – odgryzłam się.
— Jako przyszły psychiatra wiesz, że nie mam nad nim kontroli. – Mężczyzna wstał z łóżka i ściągnął bluzę z szerokim kapturem odrzucając ją w kąt pokoju.
— Powiesz mi w takim razie, co wywołało taką reakcję u Barta? – spytałam zostawiając w spokoju notatki i przyglądając się pacjentowi. Jako kobieta musiałam przyznać, że mimo czterdziestu pięciu lat na karku, prezentował się, jak co najmniej o połowę młodszy. Widać to było po torsie ukrytym pod nieco obcisłą białą koszulką bez rękawów, umięśnionych ramionach i całkiem nieźle wyrzeźbionym brzuchu, który ukazał podczas kolejnego przeciągania się.
— Zapewne zauważyłaś, jak wysokie mniemanie o sobie ma moje drugie ja – stwierdził kierując się w stronę niewielkiej szafy wbudowanej w ścianę, skąd wyciągnął wełniany sweter w kolorze brunatnym. – Uważa się za geniusza i wydaje mu się, że tylko niektórzy są godni znajomości z nim.
Zdziwiona chęcią Barta, a właściwie tym razem Jareda, do rozmowy, przytaknęłam jedynie ruchem głowy uważnie go obserwując.
— W naszym życiu pojawiła się kobieta, jedyna uważana przez niego za godną jego geniuszu. – Naciągnął na siebie sweter i usiadł na sofie tuż obok mnie. – Pierwszy poważny związek od dłuższego czasu. W każdym razie, oświadczyłem się jej w Paryżu, dokładnie na wieży Eiffla.
— I wspomnienie tego wyprowadziło go z równowagi? – Ledwo powstrzymałam rozbawienie, jakie mnie ogarnęło. – Chyba nie powinien tak reagować na to.
— Ta kobieta sprawiła, że się tutaj znaleźliśmy – westchnął stawiając na stoliku przewrócony kubek. Z wrażenia zaniemówiłam nie potrafiąc wydobyć z siebie żadnego inteligentnego komentarza. Usiadłam na sofie, a on kontynuował. – Chociaż Bart uparcie rozpowiada, jako przyczynę pobytu tutaj mnie, to prawda jest nieco inna. To moja żona pozbawiła nas wszystkiego. Jego najbardziej zabolał fakt pomyłki w ocenie, przez co utracił możliwość popisywania się swoim geniuszem przed ludźmi.
Przygryzłam wargę próbując sobie przypomnieć kobietę odwiedzającą Barta/Jareda kilkukrotnie podczas jego pobytu tutaj. Fakt, była dość ładna, z pozoru nawet sympatyczna, jednak jej uśmiech mroził każdego, kogo nim uraczyła.
— Nie chcę cię wyganiać, ale chyba dość wrażeń jak na jeden dzień. – Mężczyzna uśmiechnął się do mnie ciepło, po czym chwycił moją dłoń. – Dziękuję, za chęć pomocy i twoje wizyty, jednak obawiam się, że mi już nie pomożesz.
— Ja uważam inaczej – odparłam poważnie.W tamtej chwili obiecałam sobie dołożyć wszelkich starań, aby pomóc temu człowiekowi. Miałam świadomość trudu i ciężkiej pracy, jaką za sobą to niesie, ale moją naturą nie było poddawanie się a walka, by dotrzeć do postawionego sobie celu.





W celu kontynuowania czytania, zapraszam na http://aworldlitbyfireflies.wordpress.com/2012/01/24/psycho/
Alex.
Nastrój:
Kategoria: One-shoty

BLOG: Ballad Of Mona Lisa

wtorek, 21.stycznia.2014, 02:19

Dwie bliźniaczki – Blair i Cassie, pracują nad wystawą dla przyjaciela, której tematem są oryginalne i wyjątkowe gitary, a w oko wpada im pewien szczególny egzemplarz o nazwie “Artemis” należący do jednego ze znanych muzyków. W tym samym czasie policja w Mieście Aniołów poszukuje Mony Lisy, kobiety wykorzystującej bogatych mężczyzn w celu wzbogacenia się, kolejną ofiarą może być każdy, nawet sam Jared Leto.


http://balladofmonalisa.wordpress.com/
Alex.
Nastrój:
Kategoria: Blogi

BLOG: Possibility.

wtorek, 21.stycznia.2014, 02:10

Twór mojej wyobraźni, pisany w celu oderwania się od szarej rzeczywistości oraz w momencie wczesnej fascynacji pewnym zespołem. Opowiada historię Alex, młodej dziewczyny, która rozpoczyna nowe życie w Nowym Jorku. Chcąc uporać się z przeszłością  będzie musiała dokonać wielu ważnych wyborów, co nie będzie łatwe, choć wspierać ją będą wyjątkowe osoby. Historia lekka (mam nadzieję), romantyczna (choć bez przesady) oraz wciągająca (według czytelników).

http://whenyouhearmysilence.wordpress.com/
Alex.
Nastrój:
Kategoria: Blogi